25
07
2009
Przez
Robo-kun | Kategorie:
Robo-kun,
rant
Praca nauczyciela, szczególnie języka obcego, wiąże się nieuchronnie z koniecznością bardzo indywidualnego podejścia do ucznia. Każdy ma bowiem inne potrzeby i w innym tempie opanowuje zadany materiał. Ucząc japońskiego jednak można wyłonić kilka zabawnych rodzajów zachowań, które często powtarzają się u naszych uczniów. Spójrzmy więc z czym przychodzi się zmierzyć każdemu sensei’owi :)
Anime/Manga Freak
Największa zmora każdego, kto kiedykolwiek próbował nauczania japońskiego. Usłyszenie we wstępnym wywiadzie z uczniem zdania “uczyłem się sam, z anime” to właśnie ten moment, w którym ludzie wypuszczają szklanki z rąk i zapada głucha cisza przerywana jedynie płaczem małych dzieci. Niezależnie bowiem od tego, z jaką intensywnością wyglądała “edukacja” naszego delikwenta możemy być pewni, że na pierwszych zajęciach zjedzie nas z błotem używając niewłaściwych form czasowników, a z pozoru banalny do wytłumaczenia iloczas japoński zamieni się w koszmar, którego uczeń nigdy nie pojmie (”Jak to nie mogę powiedzieć arigato?”). W toku zajęć z pewnością odkryjemy, że wyrażenia takie jak “iść do szkoły” czy “pisać list” raczej uczniowi do głowy nie wejdą – za to on sam na wstępie jest w stanie wymienić więcej możliwości powiedzenia po japońsku “Zaraz zginiesz nikczemna szmato!” niż biedny nauczyciel.
Problem z tego typu uczniem jest ogromny, bowiem okazuje się, że jego zapał szybko znika. Większość osób nie kryje rozczarowania, kiedy po miesiącu intensywnej nauki nie jest w stanie zrozumieć swoich kreskówkowych ulubieńców. Dlatego też uczeń często porzuca lekcje i wraca do oglądania ulubionych odcinków anime, aby wynieść z nich jeszcze więcej “użytecznych” zwrotów. Efekt – zerowa znajomość języka przy wielu godzinach spędzonych na “nauce”.
Co można polecić na tę dolegliwość? To trudne pytanie, w większości przypadków bowiem próba uświadomienia, jak specyficznym i odmiennym od polskiego językiem jest japoński, kończy się fiaskiem. Anime freak wie swoje. Pytanie tylko, czy my też byśmy chcieli, aby Japończycy mówili po polsku tak jak postacie z naszych kreskówek?
Know-all
Typ również niezbyt przez nauczycieli lubiany. Jego zdaniem o znajomości języka świadczy ilość przeczytanych podręczników do japońskiego. Sam “pożera” jedną cegłę tygodniowo. W momencie rozpoczęcia zajęć zarzeka się, iż zna pokaźną liczbę słów i niezbędną gramatykę. Wymienia formy czasowników i konstrukcje mu poznane, a lista tychże jest na ogół bardzo imponująca i – gdyby tylko odzwierciedlała stan rzeczywisty – nauczyciel nie byłby w ogóle potrzebny. Niestety, na polecenie “opowiedz o sobie po japońsku” uczeń milczy, a zapytany o godzinę mówi, iż nie rozumie użytych w pytaniu słów.
Problem takiego ucznia jest bardzo prosty – nie wziął on pod uwagę, iż czytanie o języku a uczenie się go to dwie różne kwestie. Niestety, w toku zajęć często brak w nim pokory i znudzony przewraca oczami, kiedy “po raz kolejny” słyszy o danym zagadnieniu.
Najlepiej byłoby takiego delikwenta puścić na głęboką wodę, żeby przekonał się jak niewiele umie. Rozmowa z Japończykiem na żywo powinna wystarczyć. Po kolejnej minucie ciszy i niedokończonym zdaniu, które i tak z założenia było błędne gramatycznie, czy też po kolejnym źle użytym czasowniku powodującym poważne ubliżenie rozmówcy tego typu uczeń powinien zrozumieć swój błąd.
Spragniony wiedzy
Ten typ ucznia różni się od innych tym, że nieustannie zadaje pytania. Na pierwszych zajęciach jest tak zapalony do pracy, że po 5 minutach budowa zdania japońskiego “A jest B” zaczyna go nudzić. W zamian jest ciekawy, na czym dokładnie polega pragmatyczna reguła wymiany deiktywnych zaimków wskazujących i dostosowywania ich do ustanawianego z subiektywnego punktu widzenia nadawcy dystansu między przedmiotem a nim samym. W efekcie po godzinie zeszyt delikwenta pełen jest wyrażeń takich jak “wirusowe zapalenie wątroby”, natomiast brak jakichkolwiek przydatnych informacji, od których każdy początkujący zacząć powinien.
Problem ucznia polega na tym, iż nie rozumie bardzo prostej rzeczy – biegłe władanie językiem to kwestia LAT praktyki, nie miesięcy czy paru jednostek lekcyjnych. Z reguły osoba taka uświadamia sobie niewłaściwe podejście po kilku nieudanych próbach płynnego wypowiedzenia się po japońsku. Pytanie tylko, czy zmieni wtedy swoje zachowanie, czy też może uzna, iż to kwestia źle przygotowanego programu nauczania i poszuka innego korepetytora…
Nieśmiały
Uczniowie nieśmiali dzielą się na dwie podgrupy: ci, którzy nie opanowali kany oraz ci, którym się to udało. Problem tych pierwszych wydaje się oczywisty – tym bardziej, że nauczyciele spod znaku Kantan da nie tolerują żadnego rooma-ji. Uczeń nieśmiały siedzi więc na lekcji i spędza dobre kilkanaście sekund na odczytaniu każdego pojedynczego znaku. Znając natomiast nasze usposobienie nie trudno się domyślić, że w zadaniu tym mu nie pomagamy. Lekcję wypełnia więc cisza przerywana od czasu do czasu stęknięciami w stylu „na” albo „pyo” i właściwie na tym się kończy. Uczeń zapytany, czemu po prostu nie spróbuje zgadnąć sylaby odpowiada zawsze, iż „boi się, że źle powie”.
Uczniowie nieśmiali, którzy zdobyli umiejętność posługiwania się japońskimi sylabariuszami, to już zupełnie inna bajka. Owszem, potrafią przeczytać otrzymany tekst. Owszem, notują na zajęciach, pokornie słuchają i zadają mądre pytania. Problem rozpoczyna się w momencie, kiedy sami muszą ułożyć zdanie. Umysł ucznia podsyła mu wtedy straszne wersje tego, co się stanie, jeżeli popełni błąd (rozpoczynając od szału bitewnego nauczyciela, a na zmiksowaniu oderwanych kończyn w celu serwowania jako dodatek do sushi kończąc). Osoba nieśmiała najzwyczajniej w świecie boi się cokolwiek powiedzieć. Zamiast spróbować swoich sił i posłuchać, jakie błędy popełniła, woli milczeć i tracić cenny czas na zastanawianiu się nad każdym pojedynczym słowem w nieskończoność. Nie trudno zgadnąć, iż szalenie spowalnia to proces edukacji, gdyż nauczyciel słysząc tylko pojedyncze sylaby japońskie połączone z polskim „a nie” albo „nie, inaczej” nie jest w stanie w jakikolwiek sposób pomóc.
Pierwszym przypadkom zaleca się, żeby w końcu nauczyli się tych 92 znaczków, z których najambitniejszy ma aż 4 kreski. Ludziom z drugiej podgrupy natomiast trzeba uświadomić, iż proces nauki języka to przede wszystkim popełnianie błędów. Omyłki zdarzają się bowiem każdemu, niezależnie od poziomu zaawansowania.
Postawa roszczeniowa
Tego typu uczeń wychodzi z założenia, że skoro płaci za korepetycje to z pomocą nauczyciela japoński magicznie wleje się mu do głowy. Wymaga od swojego sensei, aby to on w jakiś niepojęty sposób nauczył się za niego słówek i gramatyki. W efekcie brak jakichkolwiek postępów w nauce, a na linii nauczyciel-uczeń powstaje niepotrzebne spięcie. Tego typu osoba często zmienia metody „uczenia się”, z korepetycji na zajęcia grupowe i na odwrót. Nigdy jednak nie jest w pełni usatysfakcjonowana.
Cóż można poradzić? Trzeba uczniowi uświadomić, iż praca na zajęciach i praca samodzielna to dwie różne, ale jednakowo niezbędne elementy nauki języka. Naturalnie zdarzają się kursy, które przyjmują inne założenia (np. metoda Callana), niemniej jednak nie wymyślono jeszcze programu języka japońskiego, który z pomocą nauczyciela (i tylko nauczyciela) w mgnieniu oka przenosi nowe informacje do pamięci długotrwałej kursantów.
Przyjaciel
Z uczniem-przyjacielem mamy na ogół świetny kontakt. Moglibyśmy wydłużać lekcje tak, żeby trwały godzinami. Rozmawiając z nim zupełnie tracimy rachubę czasu. Uczeń sam wychodzi z inicjatywą dając nam duże pole do popisu. Lekcje zamieniają się w czystą przyjemność. Idealnie? Nie do końca, bo poruszane tematy nigdy nie dotyczą języka japońskiego. Za to po miesiącu znajomości wiemy już, z kim nasz uczeń chodzi na spacery i czemu jego znajoma tak dziwnie się zachowuje. W efekcie, jak można się domyślić, opanowanie języka stoi na zerowym poziomie.
Ten typ ucznia jest szczególnie niebezpieczny dla nauczyciela. Sensei traci bowiem kontrolę nad tym, gdzie kończy się granica pracy zawodowej a zaczyna poufała znajomość. To trochę tak, jakby mieć romans z sekretarką. Ostatecznie bowiem pozostaje jedynie zerwanie znajomości (a więc i zaprzestanie nauczania) albo „przejście na ty” (co również wiąże się z zaprzestaniem nauczania).
Pozostałe
Zdawać by się mogło, że tego typu zachowania można by wyliczać w nieskończoność. Są przecież uczniowie pilni, leniwi, roztargnieni czy absolutnie zapaleni do nauki, weseli, smutni, wysocy i niscy. Z nich wszystkich jednak warto było wyłonić nauczycielskich “ulubieńców”, których w skrócie przedstawiłem.
Trzymajcie się i do następnej notki, a w niej Mizuu i Doli wezmą na siebie odpowiedzialność opowiedzenia wam w imieniu redakcji trochę o zeszłotygodniowym konwencie – Balconie i naszych atrakcjach na tymże konwencie. Do poczytania.