RSS
people

Piernicon 5 – SZALEŃCZA relacja

Obecny skład: Mizuu, palnik, Robo-kun, Lorcik i nasze SZALEŃCZE atrakcje.

piernik

Konwent smutny czy wesoły? – rebus w dwóch aktach z Mizuu i Robo w rolach głównych.

Słowo od matki założycielki:

Ja nie miałam konwentu. Ja miałam atrakcje. – Te dwa zdania chyba najlepiej podsumowują weekendową imprezę.  W związku z tym, już w czwartek wcieliłam się w konwentową malkontentkę. Już wtedy sleepów było za mało, nie było gdzie spać i czatowaliśmy na korytarzu na dwa sleepy, które miały być otwarte. Niestety do końca imprezy były pod kluczem, bo orgów wystawiła dyrekcja budynku oddając rzeczone dwie sale do remontu (a przynajmniej taka była oficjalna wersja). Dodatkowo narastało takie poczucie, że pieniądze z rezerwacji były rozplanowane źle – w porównaniu do innych konwentów - informator niewiele wyjaśniał, a identy nie pomagały w rozróżnieniu kto jest kim. Nic dziwnego, informator był poskładanym, czarno-białym kserem formatu A4, na którym spróbowano umieścić jednocześnie mapkę, namiary na orgów, program atrakcji, regulamin konwentu i do tego odjęto sporo przestrzeni na “okładkę”. Brak było w nim informacji dotyczących np. prowadzących daną atrakcję albo szczegółów na jej temat. Wejściówki też dla wszystkich były takie same, różnił je tylko napis i szczęśliwi byliśmy, że nasza redakcja miała już własne identy z Godzilką. Gdyby nie wieczorne poszukiwania palnika z soboty na niedzielę na panelu helperów, nie wiedziałabym, że helpów miały od reszty odróżniać kolorowe przepaski zrobione z materiału. Szybko więc w naszym gronie zaczął krążyć dowcip, że Miss Fandomu potrzebuje dofinansowania jak Piernik. Sytuacja robiła się wręcz groteskowa, kiedy orgowie techniczni krążyli przenosząc projektory czy komputery z sali do sali, w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Czytaj dalej »

5 Komentarze(y) | Tagi: , , , , , , , , ,

“Wirusowe zapalenie wątroby” czyli co nauczyciel języka japońskiego ma pod łóżkiem?

Praca nauczyciela, szczególnie języka obcego, wiąże się nieuchronnie z koniecznością bardzo indywidualnego podejścia do ucznia. Każdy ma bowiem inne potrzeby i w innym tempie opanowuje zadany materiał. Ucząc japońskiego jednak można wyłonić kilka zabawnych rodzajów zachowań, które często powtarzają się u naszych uczniów. Spójrzmy więc z czym przychodzi się zmierzyć każdemu sensei’owi :)

Anime/Manga Freak

Największa zmora każdego, kto kiedykolwiek próbował nauczania japońskiego. Usłyszenie we wstępnym wywiadzie z uczniem zdania “uczyłem się sam, z anime” to właśnie ten moment, w którym ludzie wypuszczają szklanki z rąk i zapada głucha cisza przerywana jedynie płaczem małych dzieci. Niezależnie bowiem od tego, z jaką intensywnością wyglądała “edukacja” naszego delikwenta możemy być pewni, że na pierwszych zajęciach zjedzie nas z błotem używając niewłaściwych form czasowników, a z pozoru banalny do wytłumaczenia iloczas japoński zamieni się w koszmar, którego uczeń nigdy nie pojmie (”Jak to nie mogę powiedzieć arigato?”). W toku zajęć z pewnością odkryjemy, że wyrażenia takie jak “iść do szkoły” czy “pisać list” raczej uczniowi do głowy nie wejdą – za to on sam na wstępie jest w stanie wymienić więcej możliwości powiedzenia po japońsku “Zaraz zginiesz nikczemna szmato!” niż biedny nauczyciel.

Problem z tego typu uczniem jest ogromny, bowiem okazuje się, że jego zapał szybko znika. Większość osób nie kryje rozczarowania, kiedy po miesiącu intensywnej nauki nie jest w stanie zrozumieć swoich kreskówkowych ulubieńców. Dlatego też uczeń często porzuca lekcje i wraca do oglądania ulubionych odcinków anime, aby wynieść z nich jeszcze więcej “użytecznych” zwrotów. Efekt – zerowa znajomość języka przy wielu godzinach spędzonych na “nauce”.

Co można polecić na tę dolegliwość? To trudne pytanie, w większości przypadków bowiem próba uświadomienia, jak specyficznym i odmiennym od polskiego językiem jest japoński, kończy się fiaskiem. Anime freak wie swoje. Pytanie tylko, czy my też byśmy chcieli, aby Japończycy mówili po polsku tak jak postacie z naszych kreskówek?

Know-all

Typ również niezbyt przez nauczycieli lubiany. Jego zdaniem o znajomości języka świadczy ilość przeczytanych podręczników do japońskiego. Sam “pożera” jedną cegłę tygodniowo. W momencie rozpoczęcia zajęć zarzeka się, iż zna pokaźną liczbę słów i niezbędną gramatykę. Wymienia formy czasowników i konstrukcje mu poznane, a lista tychże jest na ogół bardzo imponująca i – gdyby tylko odzwierciedlała stan rzeczywisty – nauczyciel nie byłby w ogóle potrzebny. Niestety, na polecenie “opowiedz o sobie po japońsku” uczeń milczy, a zapytany o godzinę mówi, iż nie rozumie użytych w pytaniu słów.

Problem takiego ucznia jest bardzo prosty – nie wziął on pod uwagę, iż czytanie o języku a uczenie się go to dwie różne kwestie. Niestety, w toku zajęć często brak w nim pokory i znudzony przewraca oczami, kiedy “po raz kolejny” słyszy o danym zagadnieniu.

Najlepiej byłoby takiego delikwenta puścić na głęboką wodę, żeby przekonał się jak niewiele umie. Rozmowa z Japończykiem na żywo powinna wystarczyć. Po kolejnej minucie ciszy i niedokończonym zdaniu, które i tak z założenia było błędne gramatycznie, czy też po kolejnym źle użytym czasowniku powodującym poważne ubliżenie rozmówcy tego typu uczeń powinien zrozumieć swój błąd.

Spragniony wiedzy

Ten typ ucznia różni się od innych tym, że nieustannie zadaje pytania. Na pierwszych zajęciach jest tak zapalony do pracy, że po 5 minutach budowa zdania japońskiego “A jest B” zaczyna go nudzić. W zamian jest ciekawy, na czym dokładnie polega pragmatyczna reguła wymiany deiktywnych zaimków wskazujących i dostosowywania ich do ustanawianego z subiektywnego punktu widzenia nadawcy dystansu między przedmiotem a nim samym. W efekcie po godzinie zeszyt delikwenta pełen jest wyrażeń takich jak “wirusowe zapalenie wątroby”, natomiast brak jakichkolwiek przydatnych informacji, od których każdy początkujący zacząć powinien.

Problem ucznia polega na tym, iż nie rozumie bardzo prostej rzeczy – biegłe władanie językiem to kwestia LAT praktyki, nie miesięcy czy paru jednostek lekcyjnych. Z reguły osoba taka uświadamia sobie niewłaściwe podejście po kilku nieudanych próbach płynnego wypowiedzenia się po japońsku. Pytanie tylko, czy zmieni wtedy swoje zachowanie, czy też może uzna, iż to kwestia źle przygotowanego programu nauczania i poszuka innego korepetytora…

Nieśmiały

Uczniowie nieśmiali dzielą się na dwie podgrupy: ci, którzy nie opanowali kany oraz ci, którym się to udało. Problem tych pierwszych wydaje się oczywisty – tym bardziej, że nauczyciele spod znaku Kantan da nie tolerują żadnego rooma-ji. Uczeń nieśmiały siedzi więc na lekcji i spędza dobre kilkanaście sekund na odczytaniu każdego pojedynczego znaku. Znając natomiast nasze usposobienie nie trudno się domyślić, że w zadaniu tym mu nie pomagamy. Lekcję wypełnia więc cisza przerywana od czasu do czasu stęknięciami w stylu „na” albo „pyo” i właściwie na tym się kończy. Uczeń zapytany, czemu po prostu nie spróbuje zgadnąć sylaby odpowiada zawsze, iż „boi się, że źle powie”.

Uczniowie nieśmiali, którzy zdobyli umiejętność posługiwania się japońskimi sylabariuszami, to już zupełnie inna bajka. Owszem, potrafią przeczytać otrzymany tekst. Owszem, notują na zajęciach, pokornie słuchają i zadają mądre pytania. Problem rozpoczyna się w momencie, kiedy sami muszą ułożyć zdanie. Umysł ucznia podsyła mu wtedy straszne wersje tego, co się stanie, jeżeli popełni błąd (rozpoczynając od szału bitewnego nauczyciela, a na zmiksowaniu oderwanych kończyn w celu serwowania jako dodatek do sushi kończąc). Osoba nieśmiała najzwyczajniej w świecie boi się cokolwiek powiedzieć. Zamiast spróbować swoich sił i posłuchać, jakie błędy popełniła, woli milczeć i tracić cenny czas na zastanawianiu się nad każdym pojedynczym słowem w nieskończoność. Nie trudno zgadnąć, iż szalenie spowalnia to proces edukacji, gdyż nauczyciel słysząc tylko pojedyncze sylaby japońskie połączone z polskim „a nie” albo „nie, inaczej” nie jest w stanie w jakikolwiek sposób pomóc.

Pierwszym przypadkom zaleca się, żeby w końcu nauczyli się tych 92 znaczków, z których najambitniejszy ma aż 4 kreski. Ludziom z drugiej podgrupy natomiast trzeba uświadomić, iż proces nauki języka to przede wszystkim popełnianie błędów. Omyłki zdarzają się bowiem każdemu, niezależnie od poziomu zaawansowania.

Postawa roszczeniowa

Tego typu uczeń wychodzi z założenia, że skoro płaci za korepetycje to z pomocą nauczyciela japoński magicznie wleje się mu do głowy. Wymaga od swojego sensei, aby to on w jakiś niepojęty sposób nauczył się za niego słówek i gramatyki. W efekcie brak jakichkolwiek postępów w nauce, a na linii nauczyciel-uczeń powstaje niepotrzebne spięcie. Tego typu osoba często zmienia metody „uczenia się”, z korepetycji na zajęcia grupowe i na odwrót. Nigdy jednak nie jest w pełni usatysfakcjonowana.

Cóż można poradzić? Trzeba uczniowi uświadomić, iż praca na zajęciach i praca samodzielna to dwie różne, ale jednakowo niezbędne elementy nauki języka. Naturalnie zdarzają się kursy, które przyjmują inne założenia (np. metoda Callana), niemniej jednak nie wymyślono jeszcze programu języka japońskiego, który z pomocą nauczyciela (i tylko nauczyciela) w mgnieniu oka przenosi nowe informacje do pamięci długotrwałej kursantów.

Przyjaciel

Z uczniem-przyjacielem mamy na ogół świetny kontakt. Moglibyśmy wydłużać lekcje tak, żeby trwały godzinami. Rozmawiając z nim zupełnie tracimy rachubę czasu. Uczeń sam wychodzi z inicjatywą dając nam duże pole do popisu. Lekcje zamieniają się w czystą przyjemność. Idealnie? Nie do końca, bo poruszane tematy nigdy nie dotyczą języka japońskiego. Za to po miesiącu znajomości wiemy już, z kim nasz uczeń chodzi na spacery i czemu jego znajoma tak dziwnie się zachowuje. W efekcie, jak można się domyślić, opanowanie języka stoi na zerowym poziomie.

Ten typ ucznia jest szczególnie niebezpieczny dla nauczyciela. Sensei traci bowiem kontrolę nad tym, gdzie kończy się granica pracy zawodowej a zaczyna poufała znajomość. To trochę tak, jakby mieć romans z sekretarką. Ostatecznie bowiem pozostaje jedynie zerwanie znajomości (a więc i zaprzestanie nauczania) albo „przejście na ty” (co również wiąże się z zaprzestaniem nauczania).

Pozostałe

Zdawać by się mogło, że tego typu zachowania można by wyliczać w nieskończoność. Są przecież uczniowie pilni, leniwi, roztargnieni czy absolutnie zapaleni do nauki, weseli, smutni, wysocy i niscy. Z nich wszystkich jednak warto było wyłonić nauczycielskich “ulubieńców”, których w skrócie przedstawiłem.

Trzymajcie się i do następnej notki, a w niej Mizuu i Doli wezmą na siebie odpowiedzialność opowiedzenia wam w imieniu redakcji trochę o zeszłotygodniowym konwencie – Balconie i naszych atrakcjach na tymże konwencie. Do poczytania.

10 Komentarze(y) | Tagi: , , , , , , ,

W DWA OGNIE: readthekanji.com

Ostatnio polecaliśmy wam iKnow, dziś we dwoje z Robo-kunem przyjrzymy się innemu narzędziu (via Mazzi, dzięki) – readthekanji.com

Młodsi przodem, perspektywa bardziej uczniowska:

Trzeba uczciwie przyznać, że nauka Kanji to proces żmudny i skomplikowany. Każdy znak powinniśmy umieć oczywiście napisać we właściwy sposób, ale i odczytać – a z tym, jak wiadomo, jest problem, bo jedno i to samo Kanji może mieć szereg odczytań w zależności od złożenia, w jakim się znajduje. Sprawia to, że znaki japońskie są doskonałym i wyczerpującym materiałem na udany serwis edukacyjny. Powstało już wiele stron na ten temat, ale chyba żadna nie podeszła do tematu tak, jak oceniane dziś readthekanji.

Zasada działania serwisu jest bardzo prosta – przed naszymi oczami ukazuje się wyraz zapisany w Kanji, a w okienko poniżej musimy wpisać jego odczyt. I tak w kółko. Nie ma tutaj żadnych limitów dziennych, uczymy się według uznania. Dla ułatwienia możemy zawsze wyświetlić sobie definicję angielską, przykład zdania i/lub jego tłumaczenie. Wszystko to sprawia, że readthekanji ma szalenie praktyczne podejście do tematu – w prawdziwym życiu też będziemy musieli czytać Kanji i też część odczytań można będzie wywnioskować z kontekstu.

Jeżeli już uznamy, że czas kończyć quiz, możemy przejść na zakładkę Stats, a tam czeka nas miła niespodzianka, statystyki bowiem są opracowane perfekcyjnie. Nie dość, że mamy tutaj takie dane jak ilość błędów i poprawnych odpowiedzi, najlepszy/najgorszy znak czy słowo, to jeszcze  dostajemy do wglądu graficzny pasek postępu według poziomu JLPT. A to nie koniec! Po kliknięciu na link “kanji grid” zobaczyć możemy tablicę wszystkich znaków uwzględnionych przez serwis. Kolory tła odpowiadają naszej znajomości danego znaku, a to z pewnością świetnie motywuje i uświadamia ile jeszcze pracy przed nami

Dużą zaletą readthekanji jest fakt, że słowa dobrane zostały według odpowiednich poziomów JLPT, dzięki czemu możemy świetnie przygotować się do nadchodzącego egzaminu. A jeżeli nam to nie odpowiada, będziemy mogli spróbować innych list, które według zapowiedzi autorów pojawią się w bardzo niedalekiej przyszłości.

Do wad serwisu należy zaliczyć brak możliwości porównywania swoich osiągnięć z innymi użytkownikami. Nie jesteśmy w stanie pisać wiadomości czy tworzyć własnych list. Na komputerze musi być również zainstalowana japońska czcionka, bo chociaż odczytania wpisywać można w rooma-ji, to bez wyświetlonych słów w kanji daleko nie zajedziemy. Minusy te nie są jednak aż tak uciążliwe, readthekanji jest więc serwisem, który z czystym sercem można polecić każdemu uczącemu się języka japońskiego.

- Robo-kun

A teraz staruszka, perspektywa bardziej nauczycielska:

Sceptycznie podchodzę do coraz to nowszych serwisów, które gwarantują i profesjonalizm, i zabawę. Sama bowiem podczas zajęć przechylam się raz na jedną, raz na drugą stronę, utrzymać taki balans ciężko. Czy temu serwisowi się udało? Jestem na etapie odpowiedzi “tak, ALE…”.

Formuła strony jest tak prosta, że zwala z nóg. Prosty, przejrzysty layout, duże, czytelne kanji i nasze małe z nimi tete-a-tete. Wpisanie odczytania zajmuje średnio sekundę plus czas potrzebny na zastanowienie, więc podczas jednej sesji możemy przelecieć kilkadziesiąt słów nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kluczowy jest aspekt “A, to wiem, to jeszcze wpiszę, i kończę”. Niedoczekanie. Wystarczy mieć zakładkę z RTK otwartą i za każdym razem, jak rzucimy na nią okiem wpisać kilka wyrazów. Jakoś tak… chce się.

Jak wspomniał Robo-kun, dodatkowym atutem są statystyki, na czele z kanji chart, która z kolorów czerwono-żółtych przechodzi w coraz intensywniejsze odcienie zieleni za każdym powtórzeniem znaku i wygląda tak:

kanjichart

przykładowy kanji chart po paru dniach

Jednak z mojej perspektywy polecenie tego moim uczniom wydaje się dziwaczne. Z jednej strony to wciągające, ale… zawsze jest to ale. Zaczęło się od tego, że chciałam zacząć powtarzać kanji na JLPT2, zobaczyłam kilka znaków, które nie powinny się tam w żadnym wypadku znaleźć i zajrzałam do statystyk. Listy kanji na JLPT nie pokrywają się z faktycznie istniejącymi, przykładowo na 3kyuu jest ich dwa razy więcej niż trzeba, a na 2kyuu 4 razy więcej – do tego listy nie pokrywają się względem siebie, tj. mają oddzielne zestawy znaków, z czego wynikałaby rzecz następująca: na JLPT człowiek musi opanować ok. 7-8 tysięcy znaków (w istocie : 2 tysiące, i tak ogrom). Jedna rzecz ustalona: pod kątem certyfikatu językowego określonego stopnia – strona nie spełnia wymogów.

Dalej: jako zarówno nauczyciel jak i uczeń mam zerową kontrolę nad procesem nauki. Biorę całą listę taką, jaką jest i nie mogę wybrać sobie konkretnych elementów, które chcę przećwiczyć, lub, których ćwiczyć już nie chcę. Nie mogę porównać statystyk między kimś a mną, co jest dobre, jeśli człowiek się wstydzi, ale okropne, kiedy chce się zmotywować albo pochwalić. Swoją drogą, w nauce kanji nie ma się czego wstydzić, opanowanie chociażby kilku to już krok ku mistrzostwu.

Mam jeszcze wątpliwość co do systemów transliteracji: teoretycznie można wpisywać odpowiedzi w hiraganie, Hepburnie i Nihon-shiki. Ten pierwszy sposób wydaje mi się jedynym poprawnie działającym, bowiem transliteracje do rooma-ji czasem zawierają błędy i mnie osobiście frustrowało, że znałam odczytanie, ale program mi ich nie zaliczył. Do tego, jeśli wyłączymy zdania przykładowe, czasem trudno nam ustalić w jakim odczytaniu występuje znak, który ma ich wiele (co jest szczególnie bolesne w kanji najprostszych, które mają najwięcej odczytań) – a i wtedy nie możemy być pewni, przykładowo znak 私 czyta się zwyczajowo “watashi“, ale w bazie readthekanji znak ten figuruje pod swoim formalnym odczytaniem “watakushi“.

Generalnie, sama zaczęłam używać serwisu, ale wersja beta (dokładniej release 0.56) wciąż mnie uwiera. Czekam z niecierpliwością na więcej obserwując jak moje kanji chart dzień po dniu zielenieje z zazdrości.

- Mizuu

6 Komentarze(y) | Tagi: , , , , , , , ,