03
12
2008
Przez
Mizuu | Kategorie:
newbie,
rant,
źródła
Wróćmy jeszcze na chwilę do tematu nauki sylabariuszy japońskich, o którym [nadmianialiśmy już] na samym początku, a potem przy okazji [recenzji] [pozycji] Studia JG. A to dlatego, że wydawnictwo Waneko udostępniło nam do recenzji dwa tomy swojej serii Kana na Wesoło.
Jak widać wszystkie wydawnictwa, które mają zamiar atakować nas materiałami do nauki, wychodzą z jedynego i słusznego założenia, że bez sylabariuszy nie da się nic zrobić. W przeciwności do Studia JG np. – Waneko poświęciło oddzielne zeszyty hiraganie i katakanie. Wyglądają tak:


Najważniejsze pytanie: czy jest wesoło? No całkiem. Żarty są raczej głupawe, ale jedną z pierwszych rzeczy, jaką nauczycie się na każdej dalekowschodniej filologii – mnemotechnika musi być kretyńska, żeby pamiętać ją na kolokwium. Rysownicy popisali się, jest przyjemnie, większość znaków ładnie wplata się w obrazki, co szczególnie wzrokowcom przypadnie do gustu. Mimo wszystko, moją ulubioną częścią obu książeczek jest wstęp klawiatury pani Watanuki. Są wymienione ważne pojęcia (sylabariusz, dakuten, partykuła…), krótko, zwięźle. Co prawda, już w tomie o katakanie, zostaje ona nazwana “alfabetem”, ale przymykamy na to oko. Target nie jest nastawiony na dorosłych, możemy sobie odpuścić.
Środek jest czysty, przejrzysty, ale kilka pomysłów zupełnie nie przypadło mi do gustu. Jestem kompletnie przeciwna pomysłowi zapisywania japońskiego dwoma rodzajami transkrypcji – transliterację Hepburna rozumiem, powinna być głównym, a nie pomocniczym systemem zapisu, zaś próba fonetycznego zapisu “po polsku” jest co najmniej śmieszna i wprowadza chaos. Nie mamy w książeczkach znaków złożonych, ale jeśli ゆき (śnieg) zapisujemy “juki” (a jedynie pomocniczo, “yuki“) to poważnym problemem staje się zapisanie じゅき (mieć widzenie, używane w buddyzmie) poprawnie zapisane juki… czyli, że co… “dżuki”? Ki diabeł? Można to było załatwić to w tym wstępie, a transkrypcje sobie darować. Tym bardziej, że w końcu używa się ich niekonsekwentnie, albo wybiórczo. Przykładowo – strona 34, dotycząca znaku シ jest niemal pozbawiona poprawnego zapisu “shi” zastępując go “polskim” “si”. Sprawdzamy czujność?
Nieścisłości jest jeszcze kilka. Ike to nie jezioro (MIZUUMI :D!), a staw. Hige to raczej zarost, a nie tylko wąsy. Youfuku, to owszem, ubranie, ale tylko w stylu zachodnim. Całość zaś uczy nas wersji sylab nie pisanych ręcznie, ale komputerowo (np. SA w hiraganie, jest ręcznie pisana trzema pociągnięciami, nie dwoma, KI zaś ma 4 nie 3 kreski). Mimo to, całość prezentuje się tak porządnie, że jakiekolwiek krytyczne uwagi wymierzam w te książeczki z ciężkim sercem i tylko dlatego, że taka moja rola.
Do każdego znaczku oprócz kilku słów (szkoda, że nie ma miejsca, by zapisać sobie i to w ramach ćwiczeń!) i obrazka, dorzucono jeszcze krótką frazę. Wolałabym w masu/desu, przydałaby się na początku nauki, ale forma prosta to też coś, do czego mogę się przekonać. Niech się uczą gramatyki i odmiany! No! Dodatkowo, pod koniec tomiku z katakaną możemy położyć łapki na tym, na czym każdy przeciętny Polak uczący się japońskiego łapki położyć uwielbia – listą polskich imion stransliterowanych do katakany i rooma-ji. Osobiście zapisuję swoje imię アグニエシカ nie アグニェシュカ, ale to kwestia wymówienia każdego z imion parę razy, żeby brzmiało jakbyśmy chcieli. Z nazwiskami to dopiero problem (autopsja, straszna rzecz)!
Podsumowując, ładne wydanie w tekturowej okładeczce, przejrzyście zaprezentowany materiał, głupawe / słodkie obrazki, kilka potknięć – wszystko to za 18.90 PLN od łebka (dla leniwych: 37.80 PLN za oba) – do kupienia [TUTAJ]. Życzę smacznego!
Z tego miejsca pragniemy też szczerze podziękować pani Martynie Taniguchi za udostępnienie książeczek. Jesteśmy bardzo wdzięczni!