Niedziela, 6 grudnia 2009, godzina 7:30 rano. Członkowie ekipy Kantan da! leniwie otwierają oczy i spoglądają na ekrany telefonów. SMS od naczelnej Mizuu budzi do życia. Wstawać trzeba, bo przed nami Nihongo Nouryoku Shiken 2009, potocznie zwany JLPT.
“Nasi” w różnych nastrojach. Część zawzięta i gotowa do walki paraduje po podziemiach Warszawy w opasce z japońską flagą, inni z kolei zdenerwowani chodzą w tą i z powrotem. Niezależnie od nastawienia wszyscy czekają cierpliwie przed swoimi salami na wybicie godziny dwunastej. Ekipa z uczniami w składzie Mizuu, Robo, Kasha-san, Goś, Modrzew, Kamey, Hania oraz Maciek gotowa do walki! (dop. Mizuu – a było nas znacznie więcej! Tu pozdrowienia dla ekipy z różnych kierunków UAM, a także niewidzianych czasem nawet i cały rok znajomych zapaleńców).
Różne poziomy pisały egzamin w różnych miejscach, wobec czego relację podzielmy według kyuu właśnie.
4kyuu – by Garet (gościnnie)
W tą pochmurną i nieciekawą niedzielę pojawiło się w stolicy Polski co najmniej kilkaset chętnych, którzy mieli tylko jeden cel Nihongo Nouryoku Shiken (JLPT), czyli międzynarodowej rangi egzamin, sprawdzający umiejętności ze znajomości języka japońskiego, dzięki to czemu można uzyskać certyfikat z owej znajomości. Można powiedzieć, że zjechało się do stolicy dużo osób, z różnych przedziałów wiekowych i z różnymi motywacjami. Na początku było spore napięcie, ale sam przebieg egzaminu był bardzo dobrze przygotowany i rzetelnie poprowadzony. Nie będę w tym momencie wnikał w szczegóły, powiem tylko, że w tym roku można go było zdawać na czterech poziomach (w przyszłym roku nastąpi zmiana i będzie ich 5). O ile uzyskanie certyfikatu na najprostszych stopniach może dawać jedynie osobistą satysfakcję, czy też może być drobnym atutem na rodzimym rynku pracy, o tyle uzyskanie certyfikatu na najwyższych dwóch poziomach to już jest dużo większy kaliber, którym można nie tylko w Polsce, ale również w Japonii się poszczycić. Natomiast czy się zdało czy nie, na wyniki trzeba poczekać do okolic marca przyszłego roku, wtedy to dopiero okaże się, kto uzyskał certyfikat. Teraz można się bawić i mieć nadzieję na miłą niespodziankę na początek przyszłego roku, a jeśli nie, żaden problem, do egzaminu może przystąpić każdy, bez ograniczonej ilości podejść.
3kyuu – by Robo
Poziom trzeci pisał swój egzamin w sali wykładowej PJWSTK. Na stolikach miejsca było wprawdzie mało, jednak na nagłośnienie nie mogliśmy narzekać. Pierwsze w ruch poszły znaki kanji oraz słownictwo. Specjalnych niespodzianek nie było – kto skrupulatnie przejrzał materiały do testu nie powinien był mieć najmniejszych problemów. Część z mojego punktu widzenia najprzyjemniejsza odbyła się bez niespodzianek. Następnie nadszedł czas na Rozumienie ze słuchu – przez wielu znienawidzone. Gdyby nie fakt, że siedzieliśmy, to pewnie razem z Kameyem byśmy upadli – nogi bowiem trzęsły nam się jak galarety. Słuchanki na szczęście również okazały się w miarę proste, więc z uśmiechem na twarzy oddaliśmy testy i udaliśmy się na kolejną przerwę. Pierwsze dwie części nie sprawił nam problemów, spodziewaliśmy się więc takowych na gramatyce. Przerwa pozwoliła nam na szybkie porównanie form warunkowych i kilku drobniejszych zagadnień, kiedy ponownie usłyszeliśmy “Proszę wchodzić!”. Otworzyliśmy arkusz… i znowu okazał się prosty. I to nie tylko dla nas. Większość osób skończyła przed czasem, co przez przewodniczącą skomentowane zostało “Widzę, że państwo powinni w tym roku 2kyuu zdawać!”. Żarcik rozładował i tak już luźną atmosferę i wszyscy z uśmiechem na ustach opuściliśmy budynek PJWSTK.
2kyuu – by Mizuu
Redaktor naczelna była też marudą naczelną wypadu. Rzygałam wszystkim, co Robo-kun robił “z uśmiechem na twarzy” i co było “miłe”, “dobre” lub “rzetelne” dla Gareta. Sytuacji nie poprawiał fakt, że już w pociągu z Poznania natrafiłam na szereg znajomych twarzy, ani to, że pogoda specjalnie nie dokuczała. Powiem wprost, nasze sale były małe, duszne, źle oświetlone (już po pierwszym egzaminie oczy piekły mnie niemiłosiernie, a gdy na zewnątrz zapadł zmrok i przyszło czytanie ze zrozumieniem, było tylko gorzej), fatalne nagłośnienie też dawało spory dyskomfort. Bo kiedy się rok temu pisało na auli w stereo, a teraz trzeba było w sali bez drzwi słuchać płyty ustawionej w przeciwległym rogu sali w zwykłym radiomagnetofonie… to zalewała krew. To nie oznacza, że uniemożliwiono nam zrozumienie, nie, bynajmniej. Ale poziom irytacji wzrósł znacznie. A łatwo nie było. Podejrzewamy nawet pewien spisek. Przed reformą, która nastąpi w przyszłym roku, wiele osób postanowiło przystąpić do wyższych poziomów egzaminu, bo wieść gminna niesie, że NJLPT będzie miało podwyższony pułap. I stąd też postanowiono wyrównać szanse – 2kyuu i 1kyuu były ponoć jednymi z trudniejszych egzaminów od paru lat – na odwrót 4kyuu i 3kyuu, te były łatwe w porównaniu z poprzednimi latami. Ja się podpisuję pod faktem, że było trudno. I marudziłam. Mimo to, spotkałam wiele osób, z którymi nie mam zazwyczaj kontaktu, czasami JLPT to jedyny moment, gdy możemy zobaczyć się na żywo. Za drugie śniadanie przed i obiadek po – dziękuję całej paczce, która zebrała się potem na Koszykowej. Za miłe słowa – całej reszcie. Trzymam kciuki, żeby wyniki były pozytywne. Do tematu wrócimy przy okazji certyfikatów, oraz później – po pierwszym egzaminie w nowej formule, kiedy już odbędą się latem w Chinach, Korei i Japonii. Tymczasem, wybieram się na Mackon. Do zobaczenia!
Tym oto sposobem dotarliśmy do końca zmagań z JLPT. Wyniki w marcu albo kwietniu, życzcie nam jak najwyższych cyferek na certyfikatach i do zobaczenia za rok na nowym, odświeżonym w formie egzaminie!























