RSS
people

TYDZIEŃ NA NIE: To już NIE te lata…

Chociaż mamy wielu młodych czytelników i większości z nich ta wymówka może wydawać się bzdurna, postanowiliśmy dorzucić ją do tygodnia na nie. Miałam bowiem kiedyś ponadczterdziestoletnią uczennicę, która wchodząc w jesień życia postanowiła nauczyć się czegoś innego niż jej szydełkujące i obsługujące Microsoft Word przyjaciółki, zadając tym samym kłam dzisiejszemu tematowi…

Chciałbym się uczyć japońskiego, ALE JESTEM ZA STARY!

womanW naszym smutnym, małym kraju panuje przekonanie, że emeryt to zapychadło kolejki u lekarza rodzinnego, a ktokolwiek chodzący na jakieś kursy po wypełnieniu swojej powinności szkolnej, tudzież uczelnianej, jest do tego najwidoczniej zmuszony przykrą (łamane przez – zawodową) koniecznością. Do tego, tu i ówdzie słyszy się, że języka to tylko za małolata, jak grzyby po deszczu wyrastają więc za miedzą szkoły językowe dla przedszkolaków metodą Helen Doron, angielski wchodzi do żłobków, niemowląt, które nie mają jeszcze dosyć wykształconych strun głosowych uczy się bobomigów. Na dniach, przysięgam, ktoś wymyśli jak uczyć języka obcego dzieci nienarodzonych (to w sumie już wiadomo – osłuchiwać! osłuchiwać!). To istne szaleństwo spowodowane jest faktem, w który wszyscy wierzą bez mrugnięcia okiem - mózg dziecka chłonie najlepiej. I to jest prawda. Dziecko nie szufladkuje i nie porządkuje informacji, przyjmuje w siebie wszystko. Być może dlatego jego zmysły nie są na początku tak funkcjonalne jak dorosłego – natłok informacji po prostu by je zabił. Z tym jednak poglądem wiąże się inny, błędny: po 20tce Twój mózg zamieni się w drewienko, coraz bardziej butwiejące aż do starości, kiedy to zaczną je zżerać korniki. Nie będziesz wtedy w stanie nauczyć się już niczego. BZDURA!

Jedyny element, który najlepiej chłoniemy w języku obcym w dzieciństwie to akcent. Naukowcy kłócą się o to, kiedy nie jesteśmy w stanie już przyswoić obcego akcentu w takim samym stopniu jak natywni użytkownicy tego języka i granica ta wypada między pierwszym a trzynastym rokiem życia (najczęściej). My jednak nie mamy się czego obawiać, język japoński i polski dysponują niemal identycznym zbiorem fonemów i ich produkcja w naszym wypadku to tylko techniczne opanowanie ułożenia ust i języka.

Poza tym wiek stanowi tylko nasz atut. Większe pojęcie o naszym rodzimym języku pozwala nam objąć umysłem tenże język, z jego gramatyką i idiomami. Z jego kulturą i historią. Nie uczymy się go instynktownie i byle jak, przypadkowo – możemy ukształtować naukę tego języka tak, by było nam łatwiej. Możemy wreszcie używać zupełnie własnych mnemotechnik do pisma i słownictwa, bowiem mamy bogaty bagaż doświadczeń i rozbudowaną dzięki niemu wyobraźnię.

Czas poświęcony np. pełną zmianę w pracy, mam nadzieję, też nie jest już wymówką, ba, jeśli już jesteśmy na emeryturze – w końcu mamy więcej czasu dla siebie! Czemu podążać za tłumem i zasiadać przed telewizorem z jego licznymi telenowelami? Po co śpiewać smutne piosenki w Domu Seniora? 40 lat? 50? 60? 70? W tym wieku wciąż możesz nauczyć się czegoś nowego, jesteś wciąż jak najbardziej aktywnym człowiekiem, a lat masz przede wszystkim tyle, na ile się czujesz. Poza tym, nauka nowego języka wspomaga pamięć i procesy myślowe – tak samo jak rozwiązywanie krzyżówek i sudoku!

Jeśli chcecie poczytać o tym więcej, polecamy z Kotem poniższe teksty:

A ile Ty masz lat? Ile lat już uczysz się języka? Da się?

4 Komentarze(y) | Tagi: , , , , , ,

TYDZIEŃ NA NIE: Bo japoński wcale NIE jest prosty!

Dzisiejsza wymówka napawa masę potencjalnych uczniów japońskiego nieprzebytym strachem – ten język jest ponoć za trudny. Nie da się go nauczyć, nigdy nie będę umiał się nim posługiwać. - Takie myśli roją się w głowie niejednej osoby, która otworzyła książkę w całości po japońsku lub spróbowała obejrzeć film bez napisów. Toteż dziś….

Chciałbym się uczyć japońskiego, ALE JEST ZA TRUDNY!

trudneNasza strona jest orędownikiem czegoś wręcz przeciwnego – 簡単だ! – oznacza “To proste!“. Na dodatek Godzilka przypomina wszystkim, że japoński nie gryzie. Jesteśmy o tym święcie przekonani. Żeby poradzić sobie z naszym dzisiejszym problemem musimy najpierw zdefiniować co to w ogóle jest “trudny język”?

Na świecie mamy różne języki. Wiem, truizm. Jednak nie chciałabym się dziś odwoływać zbytnio do natłoku językoznawczych terminów, z którymi mam do czynienia na co dzień. W tej chwili jakieś 7000, z czego część regularnie wymiera – ciekawostka językowa, gdyby nie Polacy, jeden z języków japońskich, ajnuski, pewnie dawno odszedłby w zapomnienie – bez pisanej historii, bez uporządkowanej gramatyki, niezbadane. Jak zaszczute zwierzęta w kurczących się społecznościach. Każdy z tych języków w specyficzny sposób podchodzi do szyku zdania, sposobu wyrażanie sugestii czy odmowy, gramatycznych zmian w obrębie słowa czy zdania, a nawet pisma jakim dany język się zapisuje. Nie mówiąc o ilości dźwięków, różnicy między tym jak się coś zapisuje, a tym jak się coś czyta, akcencie oraz podłożu kulturowym. Każdy język opisuje masa czynników.

Polski i chiński bardzo często znajdują się w “obiektywnej” pierwszej trójce najtrudniejszych języków świata. Japońskiego nie znajdziemy nawet w pierwszej dwudziestce. Czemu tak się dzieje? Spójrzcie na wasz język – masa szeleszczących i jękliwych dźwięków (cz, dż, ę, ł …. ), bardzo egzotyczna ortografia (h czy ch? ó czy u?) będąca pozostałością po zapomnianych już dawno różnicach w wymowie, aż siedem przypadków (nawet rosyjski czy łacina ma mniej)! Dobrze, powiesz, ale tylko 3 czasy… za to ile trybów, osób, rodzajów gramatycznych przez które można je zdeklinować? Ile prefiksów i sufiksów! Jak wytłumaczyć obcokrajowcowi, że “jestem”, “być” i “będziesz” to ten sam czasownik? Jak mu wytłumaczyć, że “spieprzyć” to coś innego niż “pieprzyć” (pardon my French)? “Kobieta” i “tama” to rodzaj żeński, to jasne, ale dlaczego “poeta” to męski? Pewnie wielu z was nie zastanawiało się nad tym nigdy, bo władacie tym językiem od urodzenia – ale polski, to dopiero hardkor! Urwie Ci kabel od internetu!

Chiński to z kolei kilkadziesiąt tysięcy znaków do opanowania na dobry początek, pięć tonów, z którymi możemy wymawiać każdą z sylab i gramatyka oparta na pozycji znaku (słowa) w zdaniu, na ich kolejności. Dalej nawet nie wchodzimy.

Nawet tak popularny język jak angielski może wydawać się nie do przeskoczenia z 16 czasami (chociaż w normalnym życiu przeciętny native angielskiego używa 4-5 czasów), swoimi “a” i “the”, tabelką czasowników nieregularnych i zupełnie z kosmosu wziętym zapisem niektórych słów. Podobne plusy i minusy znajdziemy w innych językach nauczanych w szkołach i na studiach: niemieckim, francuskim, hiszpańskim, rosyjskim czy łacinie.

Czasem “trudność” języka oceniamy przez podobieństwo do czegoś, co już znamy. Mówi się, że Polakom łatwiej nauczyć się rosyjskiego i czeskiego. Jeśli znamy angielski, niemiecki wchodzi prościej. Hiszpański i portugalski też grają dosyć dobrze, prawda? Z drugiej strony trzeba pamiętać, że może tu nastąpić zjawisko tzw. interferencji - to znaczy te języki zaczną nam się po prostu mylić.

Jak na tym tle wypada japoński?
Ma tylko dwa czasy, chociaż wiele form czasowników – np. przypuszczające, łączące i inne. Żeby posługiwać się japońskim jak native speaker tego języka, wystarczy nam 2000 kanji, a doskonale możemy sobie poradzić na początek z samą hiraganą (na jej nauczenie się w stopniu zadowalającym wystarczy 1 dzień). Całą fonetykę japońską wraz z jej wszystkimi zasadami każdy Polak jest w stanie opanować w równie krótkim czasie (okazja by to zrobić będzie na tegorocznej BACE we Wrocławiu, poprowadzimy tam warsztaty). W całym języku japońskim są 2 czasowniki, które nie odmieniają się według szablonu i jeden taki i-przymiotnik. Nie ma rozróżnienia między liczbą mnoga a pojedynczą, nie ma czegoś takiego jak rodzaj gramatyczny.

Co więc tak nas przeraża w 日本語?

Nie należy od do żadnej “rodziny” językowej - z wyjątkiem pisma, które mieszkańcy Kraju Wschodzącego Słońca zapożyczyli z Kraju Środka, cały język jest autonomicznym tworem niepodobnym do niczego innego. Z jednej strony – to dobrze, nie ma niepotrzebnej interferencji, nic nie powinno nam się pomylić. Z drugiej, źle, bo nie mamy japońskiego często do czego przyrównać.

Partykuły. Nie uświadczymy ich w języku polskim. Te sylaby dołączone na końcu każdego słowa (te, które pozornie nie mają po sobie partykuły – mają tzw. partykułę zerową) pełnią najczęściej funkcję gramatyczną – zastępują cały nasz system przypadków i przyimków. Dla większości Polaków patrząc na różnego rodzaju próby używania japońskiego w internecie, a także dostępne mi sprawdziany i ćwiczenia – to właśnie stanowi najbardziej dezorientującą część języka japońskiego.

Poziomy grzeczności – to nie jest rzecz, z którą zetkniemy się na początku nauki, ale po jakimś czasie. Wychodząc z prostych konstrukcji okaże się, że nie zmieniając kompletnie sensu zdania możemy wypowiedzieć je na różnych poziomach grzeczności (co najczęściej wpłynie na czasownik), w zależności od tego do kogo i w jakiej sytuacji mówimy. Musimy też pamiętać o honoryfikatorach różnego rodzaju jak -san po nazwisku czy o- przed niektórymi przedmiotami, których używa się w odniesieniu do wszystkich, tylko nie do siebie. Czasem łatwo się zagalopować…

Kanji – liczba 2000 przeraża nas, ale zapominamy o tym, że nie jest to rzecz, której nauczymy się całej, od razu, w krótkim czasie i bezbłędnie. Liczba 2000 nie jest nam też od razu potrzebna do czegokolwiek. Daj sobie spokój i ucz się ich codziennie po trochu.

Jak sobie poradzić z tym problemem?

UCZYĆ SIĘ, SZUKAĆ i w końcu PYTAĆ! To procedura, według której postępować najłatwiej.

  1. Ucz się - samo nie przyjdzie, musisz w to włożyć wysiłek, powtórki, skupienie. Dobry kurs internetowy, w szkole językowej czy z nauczycielem prywatnym powinien Ci w tym pomóc. Pamiętasz wczorajszą notkę, na język powinieneś znaleźć czas codziennie. Ucząc się, rób notatki, i to takie, które do Ciebie przemawiają – może w biegu robisz tylko fiszki? Może lubisz robić notatki używając kolorowych długopisów i pisaków? Może wolisz wszystko wpisane w tabelki, których uczysz się na pamięć? Może wolisz przepisywać nabazgrane notatki na komputer? Nieważne jakie, ważne żeby były. Notatki, na dodatek dobrze prowadzone, pomogą Ci kiedy będziesz chciał coś powtórzyć albo nie będziesz czegoś pewien. Nie ucz się ciągle czegoś nowego, często wracaj do opanowanego już materiału.
  2. Szukaj – czasem masz wątpliwości lub pytania. Zacznij rozgryzanie ich od poszukiwań. Rób sobie całe listy problemów do rozwiązania w danym języku od czasu do czasu i odkreślaj je systematycznie. To może być znak lub słowo, które wystarczy później sprawdzić w jakimś słowniku, to może być szersze zagadnienie kulturowe, o którym trzeba coś doczytać, albo jakaś konstrukcja gramatyczna, którą trzeba sobie przypomnieć z notatek, tudzież rozgryźć z jakiegoś podręcznika. Naprawdę niczego nie zapamiętuje się lepiej niż tego, co odkryło się samemu lub wypróbowało na sobie.
  3. Pytaj – czasem nasze pytania nie doczekują się odpowiedzi ze strony podręczników i słowników, wtedy pytaj – nauczyciela, native’a, innych ludzi, którzy znają już japoński lepiej od Ciebie. Tacy ludzie będą mile połechtani i bardziej skorzy do pomocy jeśli zobaczą, że próbowałeś już znaleźć odpowiedź, po części dlatego, że widzą, że naprawdę Ci zależy (może wskażą Ci jakieś przydatne źródło do późniejszego wykorzystania w podobnych problemach), po części zaś dlatego, że szybciej i łatwiej odpowiedzieć na pytanie typu CZY (Czy to słowo zapisuje się tym kanji w takim kontekście? Czy dobrze to przetłumaczyłam?) niż na pytanie typu JAK (Jak to będzie po japońsku? Jak się to pisze kanjiami?).

Zdajesz już sobie sprawę, że posługujesz się jednym z trudniejszych języków na świecie, a także z faktu, że różnice niekoniecznie muszą stanowić trudności, są to raczej ciekawe elementy nowego języka. Nasz sposób na poradzenie sobie w wypadku napotkania trudności to ucz się-szukaj-pytaj.

A czy Tobie japoński wydaje się trudny? Pytanie do ludzi, którzy już trochę uczyli się języka japońskiego: czy wy identyfikujecie swoje problemy z japońskim w tych samych obszarach co my? Jak sobie z nimi radzicie?

24 Komentarze(y) | Tagi: , , , , ,

TYDZIEŃ NA NIE: Bo NIE mam czasu.

Witamy was dzisiaj w krótkiej serii artykułów poświęconych NIE uczeniu się języka japońskiego. Jak często spotykacie ludzi, którzy mówią “Chciałbym się nauczyć japońskiego, ale…” i podają powody, dla których wydaje im się to niemożliwe. No właśnie, wydaje się. W tym tygodniu – codziennie rzucamy rękawicę wszystkim tym mitom i problemom, bo próbujemy je rozwiązać. Oczywiście nie bez waszej pomocy. To jak WY osobiście radzicie sobie z różnymi problemami może pomóc innym! Dziś…

Chciałbym się uczyć japońskiego, ALE NIE MAM CZASU.

Kluczowy problem, bo czas to coś, czego brakuje nam wszystkim. Obecnie gonienie za karierą, edukacją i przyjemnością rozrywa nas na różne strony i ciężko nam zrozumieć, czemu nie nastąpiła jakaś reforma wydłużająca 24-godzinną dobę o parę bonusowych godzin. Z drugiej strony wszyscy nauczyciele języków obcych trąbią nam o konieczności zasiadania do podręczników i fiszek codziennie! Tylko kiedy?!

Problem ten można rozbić na mniejsze:

  • potrzeby porządkowania i planowania sobie czasu
  • technik hierarchizowania zadań i oceniania swoich możliwości
  • doboru narzędzi, które ułatwią nam ogarnięcie tego bajzlu

Po pierwsze więc, musimy zdać sobie sprawę, że zazwyczaj to nie czasu jest za mało, ale zadań za dużo. Czasu nigdy nie ma więcej lub mniej, więcej lub mniej jest zadań. I to na nich powinniśmy skoncentrować swoje wysiłki dotyczące zwalniania sobie czasu na japoński. Wielu z was pewnie zna słynną anegdotę o wykładowcy, który podczas zajęć pokazywał pojemność naczynia, wkładając do niego najpierw duże kamienie (symbolizujące najważniejsze obowiązki i sprawy), potem mniejsze (przyjmijmy, że w naszym wypadku to japoński), a w końcu wsypywać tam piasek (przyjemności). Wszystko to miało zobrazować prostą, znaną najstarszym góralom prawdę, “Najpierw praca, potem przyjemności”. Efektywne zarządzanie czasem to dostrzeżenie faktu, że doba ma 24 godziny i tyle. A tydzień – 7 takich dób czyli 168 godzin.

Na dobry początek usiądź i wypisz sobie ile czasu zajmują Ci na dobę różne czynności, czy śpisz 12h na dobę jak palnik czy 4h jak Mizuu? Jesz śniadanie? Jeśli tak to w domu przy stole i potem zmywasz, czy w biegu do szkoły pożerasz batonika? Ile czasu zajmuje Ci szkoła lub praca? Co robisz poza tym? Trenujesz karate raz w tygodniu? Trzy razy w tygodniu biegasz na angielski albo wolontariat? Co lubisz robić poza tym? Ile schodzi Ci na transport z miejsca na miejsce? Piątkowy wieczór spędzasz na imprezie? Jesteś chory jeśli raz dziennie nie obejrzysz odcinka Anime albo nie przeczytasz rozdziału jakiejś książki? Może grasz w jakieś MMORPG? To tylko przykłady pytań, które możesz sobie zadać robiąc mały rachunek sumienia. Postaraj się wypisać wszystko i oszacuj czas potrzebny na wykonanie danej czynności. Zadania domowe, kąpiel , plotki z koleżanką przez telefon. Ile to wychodzi w tygodniu? Ile czasu zostaje? Dopisz jakieś 5h marginesu na losowe wypadki – wypad do restauracji z sympatią, imieniny u cioci Wiesi, szkolna uroczystość. Wyszedłeś na minusie? A może został spory zapas?

brakczasuIdąc dalej, musisz zdać sobie sprawę, które z tych czynności to duże kamienie (spanie, szkoła, praca, jedzenie), a które to piasek (granie w WoWa, oglądanie TV, wiszenie na telefonie, dwugodzinne kąpiele). Oceń, które czynności są absolutnie niezbędne, np. stawiając przy nich czerwoną kropę, a które to tylko przyjemności. Pomyśl, jakie z nich musisz wykonać osobiście (spotkanie z chłopakiem/dziewczyną), a w których ktoś może Ci pomóc lub wyręczyć (zmywanie, oddanie książki do biblioteki). Wokół tych, które są oznaczone jako ważne i do odhaczenia osobiście – organizuj czas – wyznacz im nienaruszalne ramy czasowe (w przypadku szkoły i pracy to łatwe, ale np. trudno trzymać się określonych godzin snu). Zobacz ile czasu Ci zostało – czasem będziesz zaskoczony jak dużo – i powkładaj w pozostały czas resztę zajęć.

Rozbijaj duże zadania na mniejsze. Nie oszukujmy się, naprawdę niewielu z nas potrafi poświęcić 7 godzin w sobotę by napisać referat lub sprawozdanie. Wszystkie duże zadania rozbijaj na mniejsze – np. wyszukiwanie źródeł, układanie planu, pisanie pierwszych dwóch stron etc. Kluczem jest tu efektywność – jeśli za długo siedzimy nad jedną rzeczą, nasza efektywność drastycznie spada wraz z wydłużaniem się czasu przeznaczonego na danie zadanie. Hipotetycznie, na pisanie referatu może nam zejść cały dzień (12h), ale jeśli rozbijemy to na mniejsze kawałki i codziennie zasiądziemy do tego zadania na godzinę, to okaże się, że już po tygodniu mamy to z głowy – oszczędzamy 5h, które normalnie “spożytkowalibyśmy” na przerwy, patrzenie w okno i marudzenie ile mamy do roboty.

Poznaj swój zegar biologiczny – niemal zawsze zasypiam po północy, ale nigdy nie biorę na siebie kreatywnych zadań po 20. To dla mnie czas na chłonięcie danych, chociaż to wtedy większość chłopaków w redakcji zasiada do roboty. Ja odpisuję wtedy na maile, sprawdzam zadania domowe, czytam książki, robię porządki, planuję następny dzień. Staram się wtedy nie uczyć, nie pisać artykułów – nie robić niczego co wymaga z mojej strony zbyt dużego wysiłku – ale wciąż jestem produktywna i jestem w stanie popchnąć wiele mniejszych zadań do przodu. Kiedy Ty najlepiej wykonujesz poszczególne typy zadań? Zrywasz się rano? Masz sporo czasu w południe? Może wolisz noc? Najtrudniejsze zadania wykonuj tylko wtedy, kiedy jesteś najbardziej produktywny. Jeśli jest to ranek, nie pozwól by południe wciąż zastało Cię nad tym samym zadaniem – jutro też jest ranek.

Oddaj się każdemu zadaniu, wykonuj je całym sobą. Czytanie ulubionej prasy i słuchanie radia jest OK. Jedzenie obiadu i oglądanie wiadomości w TV jest OK. Ale nie licz na to, że możesz jednocześnie rozmawiać z kolegami na gg i uczyć się japońskiego. Że jednocześnie zaopiekujesz się młodszym rodzeństwem i napiszesz esej na polski. Przytnij do minimum przeszkadzające Ci czynniki. Kiedy się uczysz, lepiej byś usiadł do książek na 15 minut, ale wyłączył wtedy radio, komputer i telewizję, niż żeby to wszystko szumiało w tle, a Ty na ten sam materiał poświęcił godzinę lub dwie. Trik z językiem obcym jest też taki, że jeśli naprawdę uwielbiasz uczyć się przy muzyce (ja tak!) to zadbaj o to, żeby była ona w tym języku, którego się uczysz lub w ogóle nie miała słów. Uwaga ma tendencje “uciekać”, żeby wsłuchać się w słowa w naszym otoczeniu, jeśli będą w innym języku niż ten, który mamy przed oczami – murowana klapa! Zapamiętamy znacznie mniej!

Wyznaczaj sobie bardzo jasne i precyzyjne cele. Są bardzo ważne w nauce języka japońskiego. Napisanie w kalendarzu “dentysta” mówi nam wiele – najczęściej albo chodzi o to, żeby zadzwonić i umówić się na wizytę, albo na tej wizycie się pojawić. Ale co ma oznaczać hasło “japoński”? Może przecież oznaczać masę rzeczy! Lepiej napisać “japoński – konwersacja z Wiktorią-san”, “10 nowych kanji” albo “jeden rozdział z książki do gramy”. To da nam poczucie większej kontroli nad tym, czego i jak się uczymy. Wyznaczajmy też bardziej długofalowe cele, które nadadzą kierunek tym codziennym staraniu “w tym miesiącu nauczę się form warunkowych czasowników”, “do końca roku opanuję słownictwo na JLPT4″, “w tym tygodniu nauczę się nazw kolorów po japońsku” “do końca wakacji opanuję 100 nowych kanji”, “napiszę chociaż jedną notkę na blogu po japońsku” – to tylko przykłady, możecie wyznaczać sobie cele, które odpowiadają waszym potrzebom. Pamiętaj tylko, by były to jasne cele “do końca roku będę czytał Mangi w oryginale” lub “wyrobię sobie perfekcyjny japoński akcent” – są niemierzalne, nieprecyzyjne i mało realne.

Lekcja to nie tylko podręcznik i nauczyciel. To prawda, z japońskim trzeba spędzać jak najwięcej czasu by się go nauczyć, pamiętajcie jednak, by nie dać się zwariować książkom. Zawsze przypominam moim uczniom, że muszą się uczyć japońskiego codziennie, ale wskazuję też inne metody – wskazuję strony w internecie do poczytania, filmy do obejrzenia, ćwiczenia do wykonania, muzykę do posłuchania. Jest tyle rzeczy, które można zrobić z językiem, że szczególnie w pogodny, wolny dzień, książka jest ostatnią opcją do wyboru. Pamiętajcie o tym, w planowaniu swojej nauki – Twój kwadrans z japońskim to nie tylko siedzenie nad Huszczą i Heisigiem, to także odcinek Pokemona.

Planuj, planuj, planuj! Zarówno długofalowo i krótkofalowo. Miej pod ręką lub w zasięgu wzroku karteczkę z zadaniami na dzisiaj - najlepiej w kolorze: co koniecznie trzeba zrobić dzisiaj, co zostało nam do zrobienia z wczoraj i nie cierpi zwłoki, co jest do zrobienia, gdy zostanie czasu, ale może być zrobione jutro (nie dajcie się złapać w pułapkę odkładania na dzień kolejny, jeśli coś spychasz na jutro po raz trzeci czy czwarty – weź się za to natychmiast, rozbij to na mniejsze czynności itd.). Miej też kalendarz ścienny lub terminarz, w którym będziesz mógł zaplanować bardziej długofalowe zadania. Poświęć dosłownie 10 minut dziennie na zaplanowanie jutrzejszych obowiązków i zrewidowanie dzisiejszych osiągnięć lub postępów w większych przedsięwzięciach. Bądź z siebie dumny.

Oczywiście nie musisz wiercić dziury w ścianie, żeby powiesić kalendarz lub wydawać 30 złotych na terminarz w Empiku, możesz posłużyć się najprostszym kalendarzem i notatnikiem w komórce albo skorzystać z dobrodziejstw internetu . Ja jestem orędownikiem Googla z jego Kalendarzem i Notatnikiem – pomogą wam zorganizować wszystko w mgnieniu oka. Ale możecie też wypróbować takie serwisy dedykowane jak Remember the Milk (łatwo zresztą synchronizowalnego z Googlem), TaDa! List czy Zoho Planner. Ważne, by narzędzie to odpowiadało waszym potrzebom, było ZAWSZE pod ręką i było przejrzyste w obsłudze.

To tylko kilka porad, na internecie znajdziecie znacznie więcej dyskusji, artykułów i materiałów. Poniżej kilka ciekawych tekstów w języku angielskim, wybranych do tego tematu przez Kota (dziękujemy Kocie!):

A TY? Jak TY sobie radzisz z brakiem czasu? Powiedz nam!

9 Komentarze(y) | Tagi: , , , , , , ,