Pośród zamieszania związanego z końcem semestru, ponad połowa redakcji (Mizuu, palnik, Lort i Doli) wyskoczyła “wypocząć” do Bytomia na imprezę japonistyczną nazwaną Dzień Kwitnącej Wiśni. Wypocząć nie było łatwo…
Impreza została już następnego dnia rano okrzyknięta Dniem Kwitnącej (lub Kapiącej) Wilgoci. Cały dzień siąpiło lub padało, było mokro i buro. Z tego powodu cosplayerzy byli faktycznie miłą i kolorową odmianą, a i dziewczęta, i kobiety pomykające w yukatkach i kimonach po PJWSTK (niezależnie od tego, czy miały poły kimon założone tak jak trzeba, czy tak jak się martwych ubiera) wyglądały jak kwitnące kwiaty. Niestety na sam cosplay nie trafiliśmy z prostego powodu – razem z Lortem chcieliśmy wysłuchać kilku prelekcji, które odbywały się w innym budynku niż cosplay. Nie był to najlepszy pomysł. Straciliśmy masę czasu niepotrzebnie. Ludzie zalegali na korytarzach, bo wszystko wyglądało jak przygotowane na ostatnią chwilę, przy wejściu nie było nikogo, żeby zaoferować chociażby najmniejszy informator, bo i o tym, że informatory są w ogóle wydrukowane organizacja zdołała sobie przypomnieć jakoś 3h od rozpoczęcia imprezy. Co na jednodniową imprezę wpływało źle. W samym informatorze nie było niektórych odbywających się prelekcji (przykładowo prelekcji o grach japońskich Piotra “NMXa” Bodery, który wpadnie do nas gościnnie na Kantan da! niebawem), za to była masa atrakcji nie odbywających się nigdzie. Z 5 planowanych wykładów/pokazów, trafiliśmy z Lortem tylko na 2 faktycznie się odbywające, z tym jedna – za sporym opóźnieniem. Ludzie siedzieli w pustych salach i czekali aż coś wydarzy. Nic wydarzyć się nie miało prawa, bo prezenterzy nie dojechali albo byli źle poinformowani (jeden z wykładających żalił się, że o tym, że miał coś poprowadzić o 11, dowiedział się grubo po 13). Sprawę próbowały uratować wystawy – papierowych lalek japońskich, broni czy bonsai. Jednak umówmy się, chociaż były przepiękne, na obejście pomieszczeń wystawowych z dużym zapasem wystarczyło 30 min. Z tego co wiem, zupełnie inna ekipa była odpowiedzialna za wszelkie rozrywki spod szyldu gry (goiści, DDRowcy, ITGowcy, consol room) i te były, pomimo nieodpowiedzialności samych organizatorów DKW postawione naprawdę świetnie i dobrze obsługiwane (można było nawet poskakać na automatach!). Ale w tej kwestii oddam głos naszemu Wiecznie Skaczącemu – palnikowi:
Wita Was palnik. :) Krótko chciałem opisać to, co działo się w salach ITG (In The Groove) oraz DDR/Stepmania, ponieważ spędziłem tam znakomitą większość czasu, nie bacząc na inne atrakcje oferowane przez organizatorów. A działo się całkiem sporo, chociaż mogło więcej. Cieszył fakt, że stanowiska cały czas były oblegane, cały czas ktoś skakał. Nie miało to znaczenia czy wymiatał, czy dopiero zaczynał, każdy bawił się tam doskonale.
Krótko o aspektach technicznych: w sali ITG były dostępne dwa automaty z zainstalowanym na nich ITG PC, które cały czas działały niemalże doskonale (czasami strzałki nie stykały, albo włączał im się autofire, ale to nie był problem nie do rozwiązania), z czego jeden automat został wyłączony tylko na czas turnieju (o tym za chwilę). W salce obok był dostępny automat z zainstalowaną Stepmanią (na nim nie tańczyłem), a tuż obok niego był system ITG Multiplayer, na którym miałem okazję bawić się już na konwencie BAKA Y2K8. Jak widać, było na czym wyciskać z siebie siódme, ósme, a nawet dwunaste poty (mała aluzja do poziomów trudności).
Krótko o turnieju. Dlaczego krótko? Bo zająłem ostatnie miejsce… Turnieju, a nie turniejach, jak to miało planowo wyglądać, gdyż z dwóch zrobił się jeden (na Gran Prix nie dotarła czeska ekipa) – Mistrzostwa Polski w ITG. Znalazła się tam większość czołowych polskich graczy, a wyniki nie zaskakują. O poziomie piosenek się nie wypowiem, zwycięzcom gratuluję zdobytych nagród (a było co zdobywać! konsole, telewizory, ech…) i liczę na następne spotkanie.
Dobrze, to ja po nim dokończę. Najlepsze wrażenie i tak pozostawiło afterparty. Chociaż warunki sypialniane mogły trochę do życzenia pozostawiać (ach, te grzybki!) to jednak obudzenie się w hostelu pełnym mangowców i japonofili i zobaczenie przez okno jak biegają po podwórzu myjąc zęby… było bezcenne. Po raz kolejny ludzie potrafili udowodnić, że sami mogą sobie zorganizować czas… tylko czy trzeba po to ogłaszać jednodniową imprezę, która mocno kulała? Dobrze, że przyjechali Ci, nie inni. Sporo znajomych twarzy, które z tego miejsca chcielibyśmy pozdrowić i życzyć sobie po cichu, że jak nas następnym razem wyciągną na imprezę z dala od naszych domów to będzie co robić.
PS. Wykład o języku japońskim, chociaż był prowadzony przez przeuroczego sensei’a Lipszyca z UW, który był nawet łaskaw po fakcie uciąć sobie z nami krótką pogawędkę po japońsku, trochę nas zawiódł. Informator utrzymywał, że “Zarówno amatorzy, jak i znawcy językowi znajdą z pewnością coś dla siebie.” – co prawda padło trochę techniczych terminów, które miały połechtać językoznawców, ale były to zupełne podstawy podstaw, do tego z prezentacją przygotowaną przez kogoś innego, przez co wyniknął z tego mały chaos. Szkoda.



























